środa, 17 września 2014



Całkiem niedawno Majkel oznajmił, że w życiu jest tak niewiele momentów, kiedy można śmiać się do rozpuku (zresztą powiedział to pod wpływem TEGO zdjęcia). Być może jest w tym ziarnko prawdy, ale coś Wam powiem, posiadanie rodziny potęguje ilość tych momentów drastycznie.
Czasem obawiam się, że skonam dławiąc się skórką od chleba, bo ktoś właśnie palnął coś niewyobrażalnie śmiesznego.
Dosłownie wczoraj Majkel skarżył się, że stresuje się egzaminem: -No i wiesz, najgorsze jest to, że to ustny i wchodzimy dwójkami, tak naprawdę najbardziej boję się kompromitacji przed tą drugą osobą która ze mną wejdzie. Na to ja, Ukochana Żona Pocieszycielka: -Nie ma się czym przejmować kochanie, jestem przekonana, że na całym roku nie ma osoby głupszej od ciebie. Chyba nie muszę tłumaczyć, że to co chciałam powiedzieć znacznie odbiegało od tego co powiedziałam.
Ledwie wyrzekłam te słowa otuchy, kiedy z pokoju dobiegła nas konwersacja:
Zbynio: -Ale świetna jest na nowa gumka.
Lolek: -Co?! Kupa?!
Zbynio: -Jaka kupa?! Gumka ty matole!
I to był dokładnie jeden z tych momentów, kiedy należy dziecko pouczyć i skarcić, ale nie możesz bo dusisz się ze śmiechu. Dokładnie tak, jak wtedy, kiedy Zbynio zapytała czy pamiętam, jak ona była taka maleńka, a tak „szybko zapierdalała na rowerku, pamiętasz mamusiu?”.
Chciałam Was też ostrzec, jeśli planujecie zakup czy wypożyczenie książki pt „Czesałam ciepłe króliki”, może to przysporzyć Wam niespodziewanie żenujących momentów.
Na moje pytanie o książkę, pani sprzedawczyni wykrzyknęła zszokowana: -Co pani robiła?! Kogo czesała?

Tak więc chciałam zmienić zdanie, obawiam się, że skonam kiedyś ze śmiechu.
O!






płaszcz - Front Row Shop | trampki - Vans | dżinsy - lumpex | torba - poooh!

poniedziałek, 8 września 2014



Dziś wiekopomny dzień! Po grubo ponad stu latach zakończono śledztwo w sprawie Kuby Rozpruwacza. Był nim Aaron Kośmiński - polski fryzjer! No cóż, trzeba przyznać, że w tym kontekście, powiedzenie "polak potrafi", nabiera całkiem nowego znaczenia. Poza tym po platynowej masakrze rozjaśniaczem na moich włosach, mam już stuprocentową pewność, że fryzjerzy to grupa zawodowa, której nie należy tak po prostu ufać. Pamiętajcie, zanim pójdziecie do fryzjera, upewnijcie się, że nikogo nie zmasakrował.
To wiekopomny dzień również dlatego, że Lolek po raz pierwszy powiedział "arcydzieło". Moja matczyna napompowana do granic możliwości duma, pękła dopiero wtedy gdy Pan Lolenty określił mianem arcydzieła to co stworzył w toalecie. Mam nadzieję, że jego przyszłość będzie obfitowała w bardziej wyrafinowane arcydzieła.

PS A takie foty zrobiliśmy w sobotę dla poooh! O!






METAMORFOZY Z DOMODI I DEICHMANNEM
29 września wraz z Olą i Deynn pobawimy się w Trinny i Susannach (zamawiam, jestem Gokiem Wanem!!). Jeśli macie ochotę poddać się metamorfozie to koniecznie ślijcie swoje zgłoszenia na adres metamorfozy@domodi.pl, może uda nam się spotkać!
Szczegóły konkursu znajdziecie pod TYM LINKIEM.

piątek, 5 września 2014

Postanowiłam rozpocząć na blogu cykl pt FERREIRA POLECA. Znajdziecie tu wszystko, od książek przez jedzenie po kosmetyki, ale tylko to co poleciłabym przyjaciołom, czyli same fajne rzeczy. Co Wy na to?
Na pierwszy ogień garść kosmetyków, które naprawdę warto mieć.

BIELENDA, BODY PERFECTOR.
Kiedy odkryłam ten kosmetyk, najpierw wróciłam do drogerii po kolejny dla mamy, a potem rozpoczęłam agitację wśród koleżanek. Nie żebym coś z tego miała, ale rzadko trafia się na kosmetyk, który tak ułatwia życie. Ten krem spełnia wszelkie obietnice producenta - maskuje niedoskonałości, nawilża, nadaje piękny kolor, zapewnia natychmiastowy efekt opalenizny. Koniec z balsamami brązującymi i samoopalaczami. Dodatkowy plus to obłędny zapach.
Bardzo, ale to bardzo "Ferreira approved"
.


Dokładnie w dniu, kiedy zmieniłam prefiks na 3, zaczęła mi się psuć cera. Ot, prezent urodzinowy. Do licha, myślałam, słyszałam, że po trzydziestce może wrócić trądzik, ale żeby tak od razu? Natychmiast? Rozpoczęłam dociekliwe śledztwo, zastanawiałam się co zmieniło się w mojej diecie, trybie życia, pielęgnacji etc. Wszystkie dowody wyraźnie wskazały winnego - OCM (Oil Cleansing Method) . Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o metodzie mycia twarzy olejami, bardzo przypadło mi to do gustu. Początkowo byłam zachwycona, ale po około dziesięciu dniach moja cera zaczęła się "oczyszczać". Dużo o OCM czytałam, byłam więc na to przygotowana. Niestety proces oczyszczania trwał w nieskończoność, po miesiącu straciłam cierpliwość. Jestem pewna, że dobrałam oleje stosownie do swojej cery, być może popełniłam błąd. Nie wiem. Niemniej, w moim przypadku OCM okazało się totalnym niewypałem.
Musiałam więc zmodyfikować pielęgnację do cery, która stała się bardzo tłusta i problematyczna. Postawiłam na nawilżanie i delikatną pielęgnację.

TOŁPA, ŁAGODNY ŻEL DO MYCIA TWARZY I OCZU.
Faktycznie bardzo delikatny kosmetyk, wydajny. Nie wysusza, nie podrażnia, nie działa na cerę jak detergent. Myję nim twarz, po uprzednim przetarciu cery płynem micelarnym. Nie sprawdzi się też, jeżeli będziecie chciały zmyć nim makijaż oczu. Pozostawia skórę miłą w dotyku. Mam wrażenie, że moja twarz po prost bardzo go lubi.

PHYSIOGEL, ŻEL DO MYCIA TWARZY.
Dostałam w prezencie od przyjaciółki. Okazał się strzałem w dziesiątkę, właśnie kupiłam drugie opakowanie. Co ciekawe, używam go jako kremu do twarzy, producent pisze, że można go zmyć, lub zostawić. Kiedy użyłam go po raz pierwszy chciałam posmarować twarz kremem, ale wydało mi się, że po prostu nie ma takiej potrzeby. Skóra była bardzo nawilżona. No i tak już zostało. Nie wiem, jak sprawdzi się w zimie. Ale na lato, jako krem i baza pod podkład jest po prostu doskonały.

BREVOXYL.
W moim przypadku ta maść okazała się kołem ratunkowym. Pamiętajcie jednak, że każda cera jest inna i najlepiej zasięgnąć porady lekarza. Dla mnie najistotniejsze jest to, że skóra nie uzależnia się od Bervoxylu. Producent ostrzega, że maść może podrażniać, wysuszać, powodować zaczerwienienia. U mnie żaden z tych objawów nie miał miejsca. Maści używam na noc - cienka warstwa po dokładnym oczyszczeniu twarzy. Kiedy maść się wchłonie, smaruję twarz Cethapilem.
To combo doskonałe.


CETAPHIL, DERMOPROTEKTOR.
Co tu dużo mówić, uwielbiam ten produkt. W kwestii nawilżania chyba nie ma sobie równych. Warto go mieć, jest bardzo wydajny. Sprawdza się u dzieci, mój mąż też bardzo sobie chwali. Jeśli macie problemy z cerą, warto postawić na nawilżanie zanim sięgniecie po drastyczne metody.

Moim największym odkryciem ostatnich miesięcy jest KWAS MIGDAŁOWY. Moja cera, po przygodach z OCM, poprawiła się już znacznie po Brevoxylu i Cethapilu, ale kwas migdałowy tchnął w nią nowe życie. Skóra po prostu odżyła. Już po pierwszym zabiegu czułam różnicę. Cera jest napięta, nawilżona, gładka w dotyku.
Nie zdecydowałam się na eksperymenty z kwasami w domu, oczywiście oddałam się w ręce Kasi z Galatei, z którą zdążyłam się już zaprzyjaźnić. Jeśli macie ochotę na taki zabieg, Kasia obiecała dać Wam 20% zniżki. Z serca polecam!

PUDER BABYDREAM.
Kilka tygodni temu szukałam pudru sypkiego. Już byłam skłonna wydać worek monet na jakiś ekskluzywny produkt, kiedy trafiłam na wątek o pudrze Babydream. Okazało się, że dziewczyny używają go, jako sypkiego pudru do twarzy. A kiedy Ferreira słyszy, że coś jest super, ma prosty skład i kosztuje grosze, to jest w siódmym niebie. Udałam się do Rossmana, wybuliłam te 5,99 no i faktycznie rewelacja. Obawiałam się efektu "mącznej panny", ale nic takiego nie miało miejsca. Cóż mogę rzec, to wyborny puder sypki. Dotąd używałam osławionego Kryolana, Babydream jest jego godnym następcą.

ROZŚWIETLACZ, UNDRESS YOUR SKIN.
O jak bardzo się z tym kosmetykiem lubimy. Żadnego bazarowego połysku, żadnych odpustowych drobinek, żadnego zapychania. Idealnie rozświetlone kości policzkowe i łuk brwiowy. Poleciła mi go Aneta z Makuplace, a przecież powszechnie wiadomo, że Aneta jest najlepsza i wie wszystko najlepiej.

INGLOT, PUDER DO MODELOWANIA TWARZY, NR 505.
Od dawna szukałam czegoś o chłodnym odcieniu idealnego do modelowania twarzy. Inglot dobrze spełnia zadanie - żadnej pomarańczy, żadnych błyskotek. Po prostu dobrze rzucony cień na twarz.


LOVELY CURLING PUMP UP MASCARA.
Powiem tylko tyle, że od lat używałam Max Factora False Lash Effect. Kiedyś siostra poleciła mi ten z Lovely. Efekt na rzęsach jest podobny, a różnica w cenie miażdżąca. Pisałyście na moim fp, że jest fajny ale szybko wysycha i niszczy rzęsy. Mnie ten tusz starcza na 2-3 miesiące, nie zauważyłam też żeby pogorszył się stan moich rzęs. Być może dlatego, że codziennie na noc smaruję je oliwką Babydream (polecam!).


CIENIE VIPERA.
Długo szukałam takich kolorów i w końcu udało mi się znaleźć. Podoba mi się sposób łączenia cieni na magnesy dzięki czemu można skompletować ulubione kolory. Cienie nie osypują się.

MANICURE HYBRYDOWY.
Obok kwasu migdałowego to moje największe odkrycie ostatnich miesięcy. Nigdy nie miałam tak długich i mocnych paznokci. W moim przypadku hybryda trzyma się 3-4 tygodnie. Wiem jednak, że u wielu osób trzyma się znacznie krócej.
Bardzo długo nie byłam przekonana, głównie dlatego, że lubię zmiany i potrafiłam kolor paznokci zmieniać kilka razy w tygodniu. Ale kiedy zobaczyłam efekty, dałam się przekonać. Wiele z Was skarżyło się że początkowy efekt zachwyca, a potem paznokcie słabną. Zobaczę, jak będzie. Po trzech miesiącach jest dobrze. Podejrzewam, że to jak paznokcie reagują na hybrydę to również kwestia indywidualnych predyspozycji.
Jeśli macie ochotę, to polecam Galateę - podobnie, jak w przypadku kwasów, dostaniecie 20%zniżki.

A Wy jakie macie kosmetyczne hity? Piszcie, zwłaszcza jeśli polecacie jakiś podkład. Dotąd używałam Revlonu Colorstay, szukam jednak zamiennika, bez silikonów, dobrego dla cery.
Pozdrawiam!
Sara


środa, 3 września 2014



Cóż Moi Drodzy. To pewne. Skończyły się czasy, kiedy bezkarnie mogłam zakopać się w ciepłym kocu z książką, kawą, bezkresną rozpaczą jesienną, nostalgią, tęsknotą za Niewiadomoczym oraz udręką z Niwadomojakiegopowodu.
Kiedy jesteś matką nadal możesz nieskończenie wiele, ale zaprawdę powiadam Wam nie możesz być już Werterem i cierpieć z byle powodu. O wiele lepiej dla siebie oraz otoczenia jest cieszyć się z byle powodu.
Oczywiście serce podpowiada mi, że oto nadchodzi zimowa apokalipsa, czas suchych gałęzi i połamanych badyli, zmrożonego deszczu i mętnego błota, czas puchowych kurtek i nocy w połowie dnia. Czas całkowitego zaćmienia słońca bez śladu zorzy... Słowem kochani, nic tylko ryczeć ryczeć i raz jeszcze ryczeć.
Zapewne gdybym była nastolatką osiągałabym właśnie dziewiąty krąg rozpaczy, ale jak już wspomniałam, jestem matką. Matka bierze tyłek w troki i mówi dzieciom o tym, że niebawem spadnie na ziemię cholerny biały puch. Nie będzie może okazji przez najbliższe milion lat kilka miesięcy przyodziać bikini, ale założymy za to tonę łachów kolorowe kombinezony i będziemy tytłać się brykać w parszywym rozkosznym śnieżku!
Kto by tam chciał żeby dzień był długi?! Już od rana będziemy bawić się w chowanego po ciemku! I co najważniejsze będzie święty spokój z promieniowaniem uvb, nikogo nie poparzy szkaradne słoneczko!
W ten sposób wszyscy się cieszą i każdy jest szczęśliwy, możemy odpalić na jutubie ZIMĘ i zacząć pląsy!

Poza oczywistymi zaletami zimy, których chyba nikomu poza moimi dziećmi nie muszę tłumaczyć, należy też dodać wyborny skutek uboczny w postaci zmiany garderoby. Bo czy miesiąc temu, podczas nieznośnych upałów, mogłabym założyć tę cudowną kurtkę? Oczywiście, że nie! A te śliczne botki? No też nie!
Przedawkowałam też pomidory, dlatego cieszę się, że teraz będą tak horrendalnie drogie, że nawet jakby serce podpowiadało mi żeby je kupić, to rozum nie pozwoli mi wydać miliona monet na jednego cholernego pomidora. Tak się akurat składa, że mam ochotę na jabłka, będę je jeść.
Na pohybel pomidorom, nie Putinowi.








kurtka - Unisono | sukienka - ForFun Fashion | torebka - Paul`s Boutique | botki - Primamoda |

czwartek, 21 sierpnia 2014



Jeśli nie liczyć nieszczęśnika zamordowanego na ekranie mojego telewizora, to jest dobrze.
To był dobry dzień. Jeden z tych, kiedy przytłacza Cię myśl o tym, jak jest błogo, zaczynasz mieć wyrzuty sumienia i popadasz w paranoję, że jutro wydarzy się tragedia dla zachowania równowagi w naturze.
Pogoda była beznadziejna, lało jak z cebra, a kiedy pod koniec dnia wyściubiliśmy nosy z domu, okazało się, że wróciły zimne i czerwone. To był właśnie ten dzień, kiedy pogodę mieliśmy w dupie, bo nie była w stanie zepsuć zabawy w chowanego, tarzania się po dywanie, bezlitosnych łaskotek i rozdawania całusów za free. To był dobry dzień dla naszych kubków smakowych. Zakwasiliśmy je swojską ogórkową z tłustą śmietaną i osłodziliśmy szarlotką o zapachu cynamonu i zimy. Jedliśmy dokładki, jak szaleni, potem była siesta w domku z krzeseł materacy i koców. A potem był deser, znowu szarlotka, dla mnie kawa raz, dla nich kakao trzy razy. Były rubaszne żarty, o bąkach i pszczołach, krzyki i okruchy na czystej podłodze (szlag by was, nie jestem waszą sprzątaczką! No dobra jestem, ale do czasu...)
To był dzień poczochranych włosów i niebanalnych autfitów, dzień w okularach, bez makijażu, z dziurami na spodniach i z jadłospisem na bluzce. Dzień niespodziewanych wizyt – była Babcia, przywiozła kilo ciastek i pięć kilo radości.

Kiedy to piszę jest 22.33. Już prawie mają mordercę, dom zasypia, moja lampka czerwonego wina jest do połowy pełna, zegar tyka, lato się boczy.
Za ścianą koncert, to trio spokojnych oddechów. Grają niezbyt rytmicznie i pochrapują.
A ja, siedzę z laptopem na sofie, sączę to wino i zupełnie nie wiem czego jeszcze mogłabym sobie życzyć. Pewnie lata przez okrągły rok, dodatkowych 5 centymetrów wzrostu, truskawek, przyjaciół mieszkających bliżej, torebki Hermesa...

Ale nie wypada, po prostu nie wypada.










sukienka - Sheinside | kimono - Stradivarius | biżuteria - Apart