poniedziałek, 23 lutego 2015



Stało się! Wybrałyśmy się z dziewczynami na sobotni clubbing i cały wieczór czekałam na ostatni i najlepszy element imprezy – żurek z kiełbasą.
Ze zdziwieniem odnotowałam, że pomiędzy mną a ludźmi zataczającymi się na parkiecie jest różnica nie do pogodzenia – wiek, cała wieczność.
Co więcej, panowie którzy nie dostrzegli dzielącej nas przepaści i próbowali za pomocą dziwnych ruchów powiek i niepokojącej mimiki twarzy przyciągnąć moją uwagę, budzili we mnie ogromną irytację. Niemniej rozumiem, że nie mam na czole wypisane ŻONA MATKA POLKA (pomyślę o tym na wypadek kolejnego clubbingu), czym prędzej więc spławiałam absztyfikanta na dziecko, a konkretnie trójkę dzieci – niezawodny sposób, polecam.
To jednak nie koniec, bo oto splamiłam swój szafiarski honor iście dyskotekowym strojem – dżinsami i topem, które bezmyślnie wrzuciłam na siebie pięć minut przed wyjściem! Nie było strojenia, nie było płaczu pt „nie mam się w co ubrać”, nie było woli wywarcia wrażenia na płci przeciwnej! Gwoźdźmi do mojej imprezowo-modowej trumny były: czapka, ciepły płaszcz, wygodne buty, brak kosmetyków w torebce.
Najlepszy pierwszoplanowy element imprezy - moje dziewczyny i nocne pasmo plotek.
Najlepszy podryw imprezy - „gdybym miał taką żonę jak ty, to bym szukał ze świecą” (lubelscy chłopcy, Wasza kreatywność zboczyła z toru i błądzi hen daleko).
Najlepsze danie imprezy – żurek z kiełbasą.
Największa wiocha imprezy – zdanie: „jeśli chcą panie siedzieć na kanapie to trzeba zamówić butelkę whisky” wypowiedziane przez kelnerkę w świecącym pustkami klubie „Czekolada”.
Najlepszy drugoplanowy element imprezy – powrót do domu i spanie.







ZDJĘCIA WYKONANE APARATEM OLYMPUS PEN E-PL7

płaszcz i czapka - Front Row Shop | kozaki - Venezia | torba - sklep - sklep-torebki.pl | dżinsy - Unisono | sweter - TKmax | zegarek - Daniel Wellington

poniedziałek, 16 lutego 2015


Drogi Pamiętniczku,

ostatnio dopada mnie coraz częściej to rozkoszne mrowienie w stopach, powoli kiełkuje i zaraz rozkwitnie milionem motyli w brzuchu. To Przedwiośnie vel Najlepsze Dopiero Przede Mną!
Och, czasem mam ochotę żeby zawsze była połowa lutego. To jak z prezentem – kocham czekanie, uwielbiam rozpakowywanie i właściwie w samym prezencie najmniej istotny jest prezent właśnie.
Oczywiście wiosnę i lato ubóstwiam, ale już czerwiec jest jak marsz żałobny do listopadowego grobu, w którym na wieki spoczywa lato. Doprawdy, jeśli wytężyć nozdrza czerwiec pachnie listopadowym trupem. Nie wspominając o tym, że w czerwcu właśnie jest najdłuższy dzień w roku, co jest niemal tak samo potwornie słodko gorzkie, jak macierzyństwo. Najdłuższy dzień w roku?! Och, jakie to wspaniałe, cieszę się tak bardzo, że z radości mam ochotę umrzeć z rozpaczy. Mniej więcej tak czuję się całe lato!
Luty zaś to miesiąc zupełnie nieinteresujący i bezbarwny, ale nikt mi nie powie Drogi Pamiętniczku, że luty jest beznadziejny! Otóż luty do dawca otuchy, luty to niemal filantrop, sam będąc tak anemicznym, na mnie wylewa nieskończone potoki optymizmu. Trudno zatem mieć pretensje do lutego, że jest biało czarny, skoro cały swój kolor bezinteresownie oddaje.
I jeśli wytężyć nozdrza to luty pachnie pomidorem i ogórkiem. A jeśli nadstawić ucha, to słychać zastępy nowalijek szturmujące śnieżne rozłogi! Jak słowo daję nie zdziwię się jeśli zapuka dziś do mnie Kilo Młodych Ziemniaków z Koperkiem.
Mówię Wam, najlepsze dopiero przed nami!
Dobrego dnia, ja idę robić wiosenne porządki.







ZDJĘCIA WYKONANE APARATEM OLYMPUS PEN E-PL7

płaszcz - lumpeks | futrzany szalik - Medicine % | kozaki - Venezia | torba - sklep-torebki.pl

poniedziałek, 2 lutego 2015



Luty 2015, poranek.
Słońce bezceremonialnie atakuje moje okna, zaczęły się ferie! Tylko na suficie jest jeszcze porządek. Nie muszę nigdzie wychodzić - zaledwie metr od siebie mam restaurację i przychodnię.
Prosto z knajpy idę do lekarza, który szybko stawia diagnozę: „zatrucie pokarmowe, poza tym wygląda na to, że chodziła pani w krótkich spodenkach w zimie”.
Szybko realizuję receptę, w aptece rodem z PRLu, gdzie mają tylko jeden lek, a sprzedawca i tak nie może się zdecydować, który mi wydać.
Ekspresowo zdrowieję i wracam do restauracji. Z zatruciem pokarmowym i krótkich spodenkach zimą, kieruję się do medyka. Stamtąd do apteki, a z apteki do knajpy... idt.
Zatem jeśli mnie szukacie to już wiecie gdzie mnie znaleźć – knajpa/przychodnia/apteka. (Po dwóch tygodniach ferii, zapewne będzie to sufit.)


Po Julii i Sherlocku Holmesie Kloszardzie, przyszedł czas na Ferreirę w czystej postaci.
Jeśli mnie spotkacie (w restauracji, knajpie lub aptece) to jest ogromne prawdopodobieństwo, że będę wyglądać tak właśnie.
Mam na sobie same ulubione ubrania, co ważne mogłam założyć je wszystkie naraz i nie wyglądam jak klaun (mam nadzieję).

Pozdrawiam Was!
Sara









ZDJĘCIA WYKONANE APARATEM OLYMPUS PEN E-PL7


płaszcz i rękawiczki - lumpeks | futrzany szal - Medicine % | spodnie - Mango | czapka - Fron Row Shop | torba - sklep-torebki.pl
sztyblety - Vagabond via ANSWEAR.COM na hasło MISSF3 dostaniecie 20% zniżki na prawie cały asortyment (kod ważny jest do 3 lutego 2015)

środa, 28 stycznia 2015



Zaledwie wczoraj byłam byłam Julią, dziś więc dla równowagi jestem Sherolckiem Holmesem.
Doprawdy, niewiele rzeczy ekscytuje mnie tak jak wizyta w lumpie. Niemal na równi z domówkami (domówki są najlepsze, nie dla mnie bale sylwestrowe) i dobrym jedzeniem.
Oczywiście wizyta wizycie nierówna. Bywa, że aby nadać znaczenie swojej lumpeksowej wyprawie, wychodzę z mizernym łachmanem, lecz bywa również, że moim oczom ukazuje się dostojny skrawek sukna! Łapię go i delikatnie wyciągam spośród konfekcyjnego plebsu, modląc się w duchu aby nie okazał się starożytną szatą zdobiąca niegdyś Goliata (czyli parę rozmiarów za dużą na mnie).
Wtem moim oczom ukazuje się zacny duet – kaszmir&bawełna o kolorze godnym szlachetnego wielbłąda, w rozmiarze który spokojnie mieści się w skali oversize. A wszystko to razem wycenione na dziesięć polskich złotych.
Zaprawdę powiadam Wam, nie traćcie cierpliwości w lumpeksie, albowiem nigdy nie wiadomo, kiedy zostanie ona nagrodzona.

Prawdopodobnie niektórzy z Was zakrzykną zdziwieni „czy mowa o brązowym worku ze zdjęć?!”. Otóż jeśli tak sądzicie to wiedzcie, że nigdy się nie zrozumiemy. Być może jednak informacja o tym, że mój małżonek przybija Wam wirtualną piątkę, doda Wam otuchy.

Moda jest wspaniała. Dzięki niej w każdej chwili mogę poczuć się jak mężczyzna i to nie byle kto, ale sam Sherlock Holmes!





ZDJĘCIA WYKONANE APARATEM OLYMPUS PEN E-PL7

płaszcz i rękawiczki - lumpeks | spodnie - Unisono | komin - me&BAGS | torba Gino Rossi|
sztyblety - Vagabond via ANSWEAR.COM na hasło MISSF3 dostaniecie 20% zniżki na prawie cały asortyment (kod ważny jest do 3 lutego 2015)

czwartek, 22 stycznia 2015



Co tu dużo mówić Szanowni Czytelnicy. Miłość w Ferrainowie jest niczym żywcem wydarta z kart Paulo Coelho. Czasem postanawiam umrzeć, ale najczęściej siadam na brzegu łóżka (no chyba, że mam rzekę pod ręką) i płaczę.
Kiedy On mówi: "przeglądałem dziś nasze stare zdjęcia i wiesz co? Bardzo się zmieniłaś odkąd cię poznałem. Przede wszystkim dlatego, że schudłaś... chyba ze 30 kilo". Jak go nie uwielbiać?
Kiedy spijamy sobie z dzióbków:
-Jesteś jak brazylijska wołowina.
- A ty kochanie jesteś jak... jak... polskie pierogi.
Kiedy On się o mnie zamartwia:
- O kurde, źle się czujesz kochanie?
- Nie, dlaczego?
- Nic, tak tylko pytam.
- Co? Źle wyglądam?!
- Nie no coś ty! Jesteś piękna, masz po prostu gorszy dzień.

Podobno miłość wszystko przetrzyma:
Ja: Kurde, muszę się za siebie wziąć, niedługo przecież lecimy do Brazylii.
Małżonek: Ja też wyglądam tragicznie.

Miłość nigdy nie ustaje:
- Boże, kochanie jak ty wyglądasz? Te dziury na kolanach (wypasione boyfriendy), te sandały (birkenstoki!!), ten tłusty krem na twarzy (mam uczulenie!)... Przepraszam cię, ale tak musi wyglądać nędza.

Cóż, Miłość nie unosi się gniewem i nie pamięta złego.
Dlatego na pytanie Marynii: „mamo, jak to z wami było, ty chciałaś ożenić się z tatą czy tata z tobą?", zawsze odpowiadam: „tata w końcu mnie przekonał” "oboje chcieliśmy".

Coś Wam powiem, ostatnio doszło do przełomowego zdarzenia w naszym małżeństwie. Oto Pan Ferreira stanął przede mną i wyznał „kochanie, muszę wreszcie ci się do czegoś przyznać. Znasz się na modzie lepiej niż ja.”
Pfff... – odparłam. (Zaiste, Hamerykę chłop odkrył).
Cieszy mnie, że Pan Ferreira wreszcie to pojął, ale jako mądra małżonka, wiem że nadal większość moich wyborów modowych jest dla niego równie niezbadana co wyroki boskie.
Kiedy wczoraj mierzyłam wielki camelowy płaszcz ze sztybletami, łapczywie chłonąc swoje lustrzane oblicze, on zapytał: "dlaczego przebrałaś się za Sherlocka Holmesa?"
„You know nothing about fashion Jon Snow!” - wycedziłam przez zęby.
I chociaż zazwyczaj ubieram się dla siebie, czasem trochę zbaczam z toru żeby pocieszyć oczy Pana Ferreiry, który najbardziej lubi kiedy wyglądam „delikatnie”.
Oto przed Wami delikatne oblicze Ferreiry, w sam raz na Walentynki!

Ps Proszę doceńcie dzisiejsze zdjęcia, żeby je zrobić wdarłam się na balkon obcych ludzi, którym z tego miejsca chciałam podziękować za okazane mi zaufanie. Doprawdy nie wiem czy sama byłabym zdolna do takiego gestu.
Dziękuję też kochanej Anecie oraz Rafałowi, który okazał się wybornym wujkiem i popisowo odwracał uwagę dzieci, kiedy rodzice desperacko próbowali zrobić zdjecia.

Pozdrawiam Was!
Sara









spódnica - NIFE | bluzka - NIFE

Sklep NIFE przygotował dla Was specjalną walentynkową ofertę. Ja postawiłam na bardzo dziewczęcy klimat, ale nie ukrywam, że równie chętnie (może nawet chętniej) przywdziałabym garnitur. Obawiałam się jednak, że skoro dla Pana Ferreiry długi płaszcz = Sherlock Holmes, garnitur mógłby sprawić, że czułby się ze mną, jak na randce z Harveyem Specterem.
Porzuciłam ten pomysł na rzecz spódnicy, tym razem spodnie odstąpię mężowi.
Propozycje z wykorzystaniem spodni znajdziecie u Mirelli i Sylwii.
Od 22 stycznia do 15 lutego 2014, walentynkową ofertę NIFE znajdziecie 20% taniej.




*Wpis sponsorowany, powstał przy współpracy z marką Nife.