czwartek, 21 sierpnia 2014



Jeśli nie liczyć nieszczęśnika zamordowanego na ekranie mojego telewizora, to jest dobrze.
To był dobry dzień. Jeden z tych, kiedy przytłacza Cię myśl o tym, jak jest błogo, zaczynasz mieć wyrzuty sumienia i popadasz w paranoję, że jutro wydarzy się tragedia dla zachowania równowagi w naturze.
Pogoda była beznadziejna, lało jak z cebra, a kiedy pod koniec dnia wyściubiliśmy nosy z domu, okazało się, że wróciły zimne i czerwone. To był właśnie ten dzień, kiedy pogodę mieliśmy w dupie, bo nie była w stanie zepsuć zabawy w chowanego, tarzania się po dywanie, bezlitosnych łaskotek i rozdawania całusów za free. To był dobry dzień dla naszych kubków smakowych. Zakwasiliśmy je swojską ogórkową z tłustą śmietaną i osłodziliśmy szarlotką o zapachu cynamonu i zimy. Jedliśmy dokładki, jak szaleni, potem była siesta w domku z krzeseł materacy i koców. A potem był deser, znowu szarlotka, dla mnie kawa raz, dla nich kakao trzy razy. Były rubaszne żarty, o bąkach i pszczołach, krzyki i okruchy na czystej podłodze (szlag by was, nie jestem waszą sprzątaczką! No dobra jestem, ale do czasu...)
To był dzień poczochranych włosów i niebanalnych autfitów, dzień w okularach, bez makijażu, z dziurami na spodniach i z jadłospisem na bluzce. Dzień niespodziewanych wizyt – była Babcia, przywiozła kilo ciastek i pięć kilo radości.

Kiedy to piszę jest 22.33. Już prawie mają mordercę, dom zasypia, moja lampka czerwonego wina jest do połowy pełna, zegar tyka, lato się boczy.
Za ścianą koncert, to trio spokojnych oddechów. Grają niezbyt rytmicznie i pochrapują.
A ja, siedzę z laptopem na sofie, sączę to wino i zupełnie nie wiem czego jeszcze mogłabym sobie życzyć. Pewnie lata przez okrągły rok, dodatkowych 5 centymetrów wzrostu, truskawek, przyjaciół mieszkających bliżej, torebki Hermesa...

Ale nie wypada, po prostu nie wypada.










sukienka - Sheinside | kimono - Stradivarius | biżuteria - Apart

sobota, 16 sierpnia 2014



Przebrałam się za lamparta i udałam na spacer po miejskiej dżungli. Oczywiście już na pierwszy rzut oka widać, że stój nie jest kompletny – niestety rajtuzy w cętki nie są w moim zasięgu. Jeśli zechcecie ubrać się podobnie, to uważajcie, bo deseń ten ma właściwości ekspansywne – z ubrania przeniósł się wprost do mojej głowy. Pytana dziś o cokolwiek, odpowiem krótko – cętki!

Mowa jest srebrem, a milczenie złotem. Pozwólcie zatem, niech dziś przemówią do Was zdjęcia.
Dobrego weekendu!









bluza/tunika - Unisono | trampki - Vans | torba - Paul`s Boutique | biżuteria - Apart |
paznokcie - GALATEA

wtorek, 12 sierpnia 2014

*Wpis sponsorowany, powstał przy współpracy z marką Hepatil.

Od dnia, w którym opublikowałam na fp swoje zdjęcie z czasów, kiedy byłam jeszcze Bridget Jones vel Tęgą Bułą nie przestajecie zasypywać mnie pytaniami co i jak. Co jeść żeby schudnąć, co ćwiczyć żeby schudnąć? „Co robisz, że jesteś taka chuda?”
Nie jestem Wasza mamą, ale troszkę mnie to martwi. Więc po prostu umówmy się, że z całej tej historii rugujemy słowa „schudnąć”, „chudość”, „dieta”, a zamieniamy je wyrażeniem „żyć zdrowo”.
Z czasów, kiedy mogłam spokojnie dublować twarz i pupę Bridget, najgorsze były nie moje pulchne poliki, bo wierzcie mi na słowo, panowie chętnie zapraszali mnie na randki, ale to, że zrobiłam z siebie kontener na śmieci.
Demonizujemy kalorie, to one decydują o tym po jaki produkt sięgamy, podczas kiedy skład wielu produktów dietetycznych powoduje, że częstujemy się prawdziwą trucizną.
W ostatnim czasie popularna jest reklama pewnej „zdrowej przekąski”, podobno to doskonała alternatywa dla fanów czipsów. Kiedy w supermarkecie przeczytałam jej skład to wybuchłam śmiechem, równie dobrze mogłabym do sałatki dosypać trutki na myszy lub do herbatki dolać odrobinkę kreta. W tej sytuacji wolę kupić czipsy, czipsy są fair – wiesz, ze są niezdrowe i masz wybór, „natomiast „zdrowa przekąska” robi ze mnie idiotkę, a ja idiotką nie jestem.
Nasz organizm zamiast czerpać korzyści z tego co zdrowe, zajęty jest pozbywaniem się toksyn.
Moja rada, nie patrzcie na kalorie, patrzcie na składy.


Panuje błędne przekonanie, że zdrowy tryb życia dużo kosztuje. Rozumiem to nawet, to wyborna wymówka do tego, żeby nie zrobić ze sobą nic.
Bo sami wiecie, jak to jest – od jutra ćwiczę, ale najpierw kupię buty i strój do ćwiczeń, matę, karnet na siłownię, pójdę do sklepu ze zdrową żywnością i wydam milion monet na zdrową czekoladę. Po podliczeniu zysków i strat, faktycznie lepiej po prostu kupić paczkę czipsów i zostać na kanapie.
No cóż, kiedy ja ćwiczę to bynajmniej nie wyglądam, jak Jane Fonda. Mam dosyć obciachowy outfit, ćwiczę w domu na kocyku w szkocką kratkę, a co gorsza w skarpetach. Mam osobistego trenera, na ekranie kompa.
Ale, jest też dobra informacja dla tych, którzy nie mogą zebrać się nawet na kocyk w szkocką kratę – jest cała masa świetnych ćwiczeń, które doskonale udają prace domowe – prasowanie, sprzątanie, gotowanie, rozwieszanie prania, robienia zakupów spożywczych, na dokładkę spacery z dziećmi i aktywna zabawa na placu zabaw (podobno to jedna z czynności, podczas wykonywania której spala się najwięcej kalorii).
Uwierzcie mi, bardzo często sprzątam dom w imię zgrabnej sylwetki, nie zaś w imię porządku. Efekty uboczne są wyborne.

Kiedyś pewna znajoma żaliła mi się, że nie może nijak zgubić paru kilogramów. Właściwie wszystko sprzysięgło się przeciwko niej, od hormonów po sprawy rodzinne. Ostatecznie utopiła worek pieniędzy na wczasy odchudzające. Zapewne bym jej współczuła, gdyby nie fakty, że swoją ckliwą historię zagryzła sporym pudłem czekoladek.
Czasem warto odpowiedzieć sobie szczerze na pytanie, hormony to czy czekolada?


Zdrowy jadłospis i aktywność fizyczna to pogromcy toksyn. Ja dodatkowo wspomagam się suplementem diety HEPATIL Detox, który w swoim składzie zawiera ekstrakt z karczocha, chlorellę i cholinę.
Wątroba to „fabryka chemiczna” ludzkiego ciała. Ma ona tylko minutę na oczyszczenie 1,5 litra krwi. Działa więc na wysokich obrotach. Dodatkowo wątroba to organ, który nie boli więc łatwo zapomnieć o jego istnieniu.
Chlorella, która wchodzi wchodzi w skład Hepatilu to maleńka alga o wielkiej mocy. Ma od 2 do 12 mikronów i zawiera ponad 70 istotnych dla człowieka substancji, w tym 19 aminokwasów. Dostarcza naszemu organizmowi więcej energii niż buraki cukrowe, 22 razy więcej niż kukurydza i 45 razy więcej niż ziemniaki i posiada trzy razy więcej białka niż wołowina.
Słowem daje radę i odciąża w pracy wątrobę.

Jeśli zdecydujecie się na kocyk w szkocką kratkę, albo nawet na taki w misie, mam dla Was dwa przyjemne i skuteczne ćwiczenia.
Powodzenia!

HIIT

PUPA

sobota, 2 sierpnia 2014


Zasypujecie mnie pytaniami, jak wrócić do formy sprzed ciąży. Zamierzam w najbliższych dniach wyczerpująco o tym napisać. Tymczasem dziś łapcie porcję super ćwiczeń, dzięki którym udało mi się fajnie wyrzeźbić brzuch. Polecam Wam stronę FITNESS BLENDER.
Przedstawiam Wam moje ulubione treningi – krótkie i efektywne. Ja staram się ćwiczyć codziennie, zawsze zaczynam od treningu typu HIIT, który spala tkankę tłuszczową, następnie rzeźba.
Po jakim czasie zobaczycie efekty? Trudno powiedzieć, dajcie sobie dwa tygodnie. To taka magiczna liczba – będzie Wam szkoda wysiłku poświęconego na dotychczasowe treningi, a jednocześnie przekonacie się, że ćwiczenia to przyjemność. Zastrzyk endorfin, lepszy humor, zadowolenie z siebie samego, więcej energii żeby zrobić cokolwiek.
Złota rada dla leniwych – nie porywajcie się na długi i trudny trening. Przerwiecie po 5 minutach zmęczeni i sfrustrowani, że nie daliście rady. Wybierzcie coś lekkiego, maksymalnie 20 minut, np TO plus TO.
Będziecie z siebie dumni, a z czasem przyjdzie ochota na więcej.

PS Po więcej ćwiczeń zajrzyjcie do TEGO WPISU.
Powodzenia!

MÓJ ULUBIONY TRENING HIIT, NA BRZUCH I POŚLADKI


MÓJ ULUBIONY TRENING NA RZEŹBĘ BRZUCHA






czwartek, 31 lipca 2014



Drogi Pamiętniczku,

Piszę do Ciebie znad kubka mętnej kawy pitej łapczywie o brzasku poranka.
To jeden z tych dni, kiedy wszystko jest cudowne, świat rozkosznie migoce, Słońce całuje Ziemię, ptaki romansują, przyroda się wdzięczy, jakby tego było mało, dostałam od kuriera nowe buty. Słowem, Raj na ziemi.
A jednak ten raj ma dziś posmak apokalipsy, musiałam zjeść kilka kanapek z dżemem żeby poczuć się lepiej.
Mam wrażenie, że te słoneczne pieszczoty to deszcz z kwasu siarkowego, fajne ptaki zostały pożarte przez kruki i wrony, przyroda powoli kona prażona przez bezwzględne słońce i nie wiem czy wyglądam w tych butach dobrze.
Zaczęło się całkiem niewinnie. Po prostu wczoraj zaplanowałam dzieciom fajny dzień pełen atrakcji. Tak więc błądziliśmy po mieście w poszukiwaniu kolejnych placów zabaw, jedliśmy smakołyki, poszliśmy do parku na rowery, były pieszczoty na dywanie, chwila odpoczynku i znowu zabawa w piachu do późnego wieczora, a na dokładkę burza na morzu w wannie.
Kiedy kończyłam wycierać i suszyć ostatniego delikwenta, nie byłam już do końca pewna, jak mam na imię oraz czy jestem matką tych wszystkich małych ludzi czy może ich przedszkolanką.
Och Pamiętniczku, ile oni mają energii! Kiedy ja siedzę na sofie widząc podwójnie, lub nawet potrójnie (mam wtedy sześcioro lub dziewięcioro dzieci i czuję się, jak starotestamentowy Abraham) i jak ta bezwładna marionetka czekam aż ktoś pociągnie za moje sznurki, oni nadal w kończynach mają sprężyny zamiast kości. Przedawkowałam im witaminę D.
Muszę opracować sposób przetwarzania ich energii w elektryczną. Będę niezależna, przynajmniej w kwestii prądu.
W końcu leżą w łóżkach, jeszcze tylko skleję kilka liter w bajkę, jeszcze tylko każdy sto razy zrobi siku i pięćdziesiąt razy poprosi o szklankę wody i wreszcie będę mogła siąść i coś napisać.
W końcu robi się cicho...

Bądź błogosławiona Chwilo w Której Dzieci Idą Spać. O, jak pięknie malujesz ich twarze spokojem, jak błogą siejesz ciszę wkoło, jak słodko koisz umysł...

„Wreszcie mogę siąść i coś napisać... Wreszcie mogę siąść... Wreszcie mogę... Wreszcie... Wreeee...”

Nie ukrywam, że plan wczorajszego dnia podszyty był zarówno miłością jak premedytacją. Po prostu łudziłam się, że dzieci najpierw się zmęczą, a potem pośpią.
Zupełnie nie uwzględniłam w tych planach siebie.
Kiedy więc wieczorem udałam się na spoczynek wraz z okolicznymi kurami, nie przypuszczałam, że kogut Lolek obwieści dzień wraz z pierwszym tchnieniem poranka.

O przeklęty bądź Bezlitosny Brutalny Poranku Używający Siły Fizycznej! Jak czarno malujesz słodki letni, idealny dzień. Zabieraj swoje farbki, wracaj do Mordoru i oddawaj mi mózg!

Bo właśnie to jest Pamiętniczku w tym wszystkim najgorsze, że człowiek chciałby zrobić coś bardziej konstruktywnego niż pomidorówkę czy wsadzenie naczyń do zmywarki, ale co począć gdy w głowie wióry zamiast szarych komórek?
Codziennie obiecuję sobie lifting umysłu, pisać więcej i mądrzej, wyrażać poglądy, komentować bieżące wydarzenia, czytać ambitne książki. Ciągle jednak lepiej wiem co słychać u córki premiera niż u samego premiera, na rękach mam krew Jo Nesbo, lukier Andersena lub po prostu dżem ze słoika i tak w kółko.
Nie dasz wiary, ale nawet teraz gdy Ci się żalę, muszę przerywać co drugie słowo, żeby spełnić litanię próśb i potrzeb.
Myślę na raty, piszę na raty, czytam na raty, jem na raty, a bywa, że biorę prysznic na raty.

Już mi lepiej Pamiętniczku. Musiałam się troszkę nad sobą poużalać, ale już kopię się w dupę, biorę w garść i wracam do rozlanego mleka, przypalonego kotleta i moich lepkich urwisów.





sukienka - Unisono | buty - Vans via Domodi | biżuteria - Apart | torba - Paulina Schaedel