czwartek, 26 marca 2015


Drogi Księżycu,

podglądam Cię ostatnio... Jesteś tak rozkosznie pogryziony! Doskonale to rozumiem, bo kiedy patrzę na Ciebie, sama mam ochotę Cię ugryźć.
Muszę Ci coś wyznać, wolę żebyś usłyszał to ode mnie niż przyłapał mnie na gorącym uczynku, lub dowiedział się przypadkiem... Niedawno podziwiałam też inne księżyce, księżyce Jowisza. Jednak nie ma powodów do zazdrości, bo Ty jesteś jedyny, a tamci są trzej. W dodatku Ty jesteś na wyciągnięcie ręki... Gdybym się uparła, mogłabym Cię pocałować.
I wiesz, zastanawiam się, bo mówią że w Kosmosie nie ma grawitacji, a mnie Kosmos tak bardzo przyciąga.
Z tej okazji obejrzałam film „Interstellar”, który trwał trzy godziny, ale miałam wrażenie jakby upłynęło w tym czasie siedem lat ziemskich. No w każdym razie, nie oglądaj go, bo nie wiem ile to lat księżycowych, ale z pewnością kosmiczne nudy. Chciałam Ci powiedzieć, że Ty i ten cały kosmiczny amfiteatr jesteście sto razy lepsi niż hollywoodzkie produkcje.

Tymczasem zajmuję się sprawami okołoziemskimi. Jak chociażby wczoraj - postanowiliśmy wchłonąć całe ciepło pierwszego prawdziwie wiosennego dnia, bezwstydnie migdaliliśmy się ze słońcem, wybiegaliśmy nogi na palcu zabaw, wychodziliśmy buty na spacerze, wymarszczyliśmy twarze mrużąc oczy i śmiejąc się nieopacznie, a na koniec kupiliśmy kilo mandarynek na kolacje, a co tam!
Wracaliśmy do domu, kiedy już byłeś na niebie Drogi Księżycu, w swojej majestatycznej połowie i płaszczu z mglistej aureoli. Zahipnotyzowałeś nas tak bardzo, że nie zauważyliśmy, kiedy nasza kolacja wymknęła się z siatki, którą niósł Lolek. Kilo mandarynek skurczyło się do dwóch sztuk. Cóż mogliśmy zrobić? Zawróciliśmy tym mandaryńskim szlakiem szukając naszych owoców, które jak się okazało beztrosko wylegiwały się na przecznicach i chodnikach.
Sam widzisz Miły Księżycu, sprawy wielkiej grawitacji...









Zdjęcia wykonane aparatem Olympus PEN E-PL7

sweter - Unisono | spodnie - New Yorker | szpilki - allegro | torba - Paulina Schaedel | biżuteria - Apart
zegarek - Danie Wellington, do 31.03.15 na hasło MISS_FERREIRA dostaniecie 15% zniżki

poniedziałek, 16 marca 2015




Gdy miałam sześć lat, zobaczyłam pewnego razu straszny obrazek w książce opisującej świat dzieci i świat dorosłych. Książka nazywała się „Mały Książę”. Obrazek przedstawiał węża boa, trawiącego słonia.
Potworna ilustracja zrobiła zamęt w mojej sześcioletniej głowie, bezbronne małe słoniątka uwięzione w wężowych trzewiach spędzały mi sen z powiek. Dorośli nie rozumieli moich problemów, dużo bliżej były kwestie o wiele bardziej materialne niż rzeź słoniątek gdzieś na końcu świata.
Zrozumiałam, że dopóki mam sześć lat żaden dorosły nie pozwoli mi ruszyć na ratunek słoniom. I wtedy okazało się, że dramatyczna walka o przetrwanie toczy się nie tylko na końcu świata, ale zaledwie obok mnie! Głupie żaby w oparach feromonów, bezmyślnie złożyły skrzek w płytkim kanale. Gdy przyszły majowe upały, kanał zamienił się w patelnię! A skrzek miał zamienić się w jajecznicę! Gdy tylko to pojęłam, dotarło do mnie, że los kijanek jest w moich rękach i nie mam prawa skazywać ich na straszną śmierć przez usmażenie. Mozolnie, wiaderko po wiaderku przerzucałam kijanki do pobliskiego stawu.
Gdy zapadł zmrok wróciłam do domu i z politowaniem patrzyłam na dorosłych – mamę prasującą stertę ubrań i tatę sumującym rachunki. Doprawdy, pochłonięci byli tak ziemskimi sprawami, podczas kiedy ja uratowałam dziś tysiące żabich istnień...
„Dorośli są bardzo dziwni” - myślałam obiecując sobie w duchu, że kiedy będę miała już własne dzieci to będę siedzieć z nimi po pas w błocie, stworzę nieograniczony dostęp do słodyczy, będę pozwalać na wszystko oraz wyruguję z ich życia wszelkie zakazy i kary.


„Mamo, dlaczego Bóg stworzył Putina?” - zapytał Zbynio, który nigdy nie porzuca raz zadanego pytania.
Nie wiem – zawahałam się.
Nie wiesz? Przecież jesteś dorosła!

Jestem dorosła.
Jestem Królem.
Jestem Próżnym.
Jestem Bankierem.
Jestem Geografem.

Wyjdę dziś z domu bez sprzątania i zajmę się rzeczami najważniejszymi – szukaniem pierwszych kwiatów, oswajaniem lisa, rysowaniem baranka, rozmawianiem z echem i oglądaniem zachodu słońca.

Dziś będę Małym Księciem, a Wy? Jakie macie plany?











Zdjęcia wykonane aparatami Olympus: PEN E-PL7 i OM-D E-M5



kardigan (United Colors of Benetton), 19zł i dżinsowa kurtka, 1zł - lumpeks | dżinsy - Unisono | torba - Paulina Schaedel | futrzany szal - Medicine % | botki - Prima Moda
zegarek - Danie Wellington, do 31.03.15 na hasło MISS_FERREIRA dostaniecie 15% zniżki

czwartek, 5 marca 2015




Drogi Pamiętniczku,

Co to był za tydzień! Zaczęło się niewinnie – spontanicznie wyskoczyliśmy na narty. Oczywiście słowa „spontanicznie” użyłam trochę na wyrost, bo w świecie szczelnie wypełnionym trójką dzieci spontanicznie to można co najwyżej wyskoczyć przez okno. Niemniej słowo stało się ciałem i zanim się obejrzałam stałam na szczycie wielkiej góry, gdzie mój młodszy ale jak starszy, troskliwy brat Kuba próbował mnie przekonać, że przepaść którą mam przed sobą jest tak naprawdę płaskowyżem z naciskiem na „płasko” i spokojnie mogę jechać w dół. Bardzo chciałam się rozpłakać, zbić Kubę kijem, rzucić nartami w przepaść i pokonać stromiznę na dupie brzuchu oraz częściowo schodząc, jak to zrobiłam siedem lat temu, kiedy ostatni raz byłam na nartach, ale do licha! Wiek zobowiązuje i nie mogłam zrobić dokładnie tego co chwilę temu zrobił sześcioletni Zbynio i za co zgarnął ode mnie sumienną burę. Poza tym doskonale wiedziałam, że Kuba mnie nagrywa. Oczywiście wideo w którym surfuję na tyłku ze stoku płacząc i krzycząc zrobiłoby furorę i niewątpliwie słabym się gwiazdą youtuba, ale nie za taką cenę.
Zrobiłam więc to co robi każda matka kilka razy na dzień, zacisnęłam zęby i powiedziałam sobie: „ja nie dam rady? Ja?!” Po czym rzuciłam się z całym sprzętem narciarskim w przepaść. I wiecie co?
Zjechałam na sam dół bez użycia pośladków, raptem kilka razy rzuciłam soczystą brazylijską putą, i nagle oglądałam przepaść z dołu! Była tak pionowa i okazała, że momentalnie zrozumiałam himalaistów, ale Kuba szybko zwrócił mi uwagę żebym nie gadała bzdur, bo to nie to samo (pierdu pierdu, pozdro Himalaiści!) Niemniej przez chwilę czułam, że spokojnie mogłabym napisać jakąś popową piosenkę w stylu „podejmij wyzwanie, wyciągnij dłoń po marzenia, możesz więcej, leeeeć! Nanananana”.
W każdym razie narty i skrzydła fantazji szybko przeniosły mnie do stolicy. Kombinezon narciarski zmieniłam na sukienkę i udałam się na galę Blog Roku 2014.
Powiem Ci w tajemnicy, Drogi Pamiętniczku, że często gala oznacza nuda, uzbroiłam się w więc w dodatkowy pakiet cierpliwości, który okazał się zupełnie niepotrzebny. Było tak fajowo, że duchu układałam kolejne zwrotki swojej popowej piosenki i kiedy nagle ze sceny usłyszałam „nagrodę specjalną od firmy Apart otrzymuje blog Miss Ferreira”, pomyślałam, że jeśli to jest żart to bardzo okrutny i naprawdę będę płakać. To jednak nie był żart! I wiesz co Pamiętniczku? Nagle miałam już refren do mojej popowej piosenki, brzmiał tak „ooo jak świetnie, ooo jak świetnie!”.
Tego wieczora wiele się nauczyłam, przede wszystkim tego, że nigdy ale to nigdy nie powinnam brać się za pisanie tekstów piosenek oraz że nie jestem nagrodoodporna.

Z tego miejsca chciałam Wam podziękować Kochani Czytelnicy! Dziękuję, że jesteście.
Dziękuję firmie Apart za nagrodę.
Dziękuję wszystkim za wyborny wtorkowy wieczór.
Dziękuję Ci Natalia za tyle dobrych słów.
Dziękuję Ci Krzychu za zdjęcia.
Dziękuję Ci Magdo za wszystko.
Dziękuję Majkelowi, Zbyniowi, Ąflowi i Lolkowi za to, że macie do mnie tyle cierpliwości!
Dziękuję Ci Pietruszko za carbonarę o trzeciej nad ranem.
Dziękuję Ci Ewo za rosół z kołdunami.

Dziękuję Wam!

Chciałam też pogratulować w pełni zasłużonym zwycięzcom konkursu – Kulturą w płot i Hafiji oraz wszystkim nagrodzonym.
Pełna lista nagrodzonych TU.









sukienka - Front Row Shop | botki - Prima Moda



poniedziałek, 23 lutego 2015



Stało się! Wybrałyśmy się z dziewczynami na sobotni clubbing i cały wieczór czekałam na ostatni i najlepszy element imprezy – żurek z kiełbasą.
Ze zdziwieniem odnotowałam, że pomiędzy mną a ludźmi zataczającymi się na parkiecie jest różnica nie do pogodzenia – wiek, cała wieczność.
Co więcej, panowie którzy nie dostrzegli dzielącej nas przepaści i próbowali za pomocą dziwnych ruchów powiek i niepokojącej mimiki twarzy przyciągnąć moją uwagę, budzili we mnie ogromną irytację. Niemniej rozumiem, że nie mam na czole wypisane ŻONA MATKA POLKA (pomyślę o tym na wypadek kolejnego clubbingu), czym prędzej więc spławiałam absztyfikanta na dziecko, a konkretnie trójkę dzieci – niezawodny sposób, polecam.
To jednak nie koniec, bo oto splamiłam swój szafiarski honor iście dyskotekowym strojem – dżinsami i topem, które bezmyślnie wrzuciłam na siebie pięć minut przed wyjściem! Nie było strojenia, nie było płaczu pt „nie mam się w co ubrać”, nie było woli wywarcia wrażenia na płci przeciwnej! Gwoźdźmi do mojej imprezowo-modowej trumny były: czapka, ciepły płaszcz, wygodne buty, brak kosmetyków w torebce.
Najlepszy pierwszoplanowy element imprezy - moje dziewczyny i nocne pasmo plotek.
Najlepszy podryw imprezy - „gdybym miał taką żonę jak ty, to bym szukał ze świecą” (lubelscy chłopcy, Wasza kreatywność zboczyła z toru i błądzi hen daleko).
Najlepsze danie imprezy – żurek z kiełbasą.
Największa wiocha imprezy – zdanie: „jeśli chcą panie siedzieć na kanapie to trzeba zamówić butelkę whisky” wypowiedziane przez kelnerkę w świecącym pustkami klubie „Czekolada”.
Najlepszy drugoplanowy element imprezy – powrót do domu i spanie.







ZDJĘCIA WYKONANE APARATEM OLYMPUS PEN E-PL7

płaszcz i czapka - Front Row Shop | kozaki - Venezia | torba - sklep - sklep-torebki.pl | dżinsy - Unisono | sweter - TKmax | zegarek - Daniel Wellington

poniedziałek, 16 lutego 2015


Drogi Pamiętniczku,

ostatnio dopada mnie coraz częściej to rozkoszne mrowienie w stopach, powoli kiełkuje i zaraz rozkwitnie milionem motyli w brzuchu. To Przedwiośnie vel Najlepsze Dopiero Przede Mną!
Och, czasem mam ochotę żeby zawsze była połowa lutego. To jak z prezentem – kocham czekanie, uwielbiam rozpakowywanie i właściwie w samym prezencie najmniej istotny jest prezent właśnie.
Oczywiście wiosnę i lato ubóstwiam, ale już czerwiec jest jak marsz żałobny do listopadowego grobu, w którym na wieki spoczywa lato. Doprawdy, jeśli wytężyć nozdrza czerwiec pachnie listopadowym trupem. Nie wspominając o tym, że w czerwcu właśnie jest najdłuższy dzień w roku, co jest niemal tak samo potwornie słodko gorzkie, jak macierzyństwo. Najdłuższy dzień w roku?! Och, jakie to wspaniałe, cieszę się tak bardzo, że z radości mam ochotę umrzeć z rozpaczy. Mniej więcej tak czuję się całe lato!
Luty zaś to miesiąc zupełnie nieinteresujący i bezbarwny, ale nikt mi nie powie Drogi Pamiętniczku, że luty jest beznadziejny! Otóż luty do dawca otuchy, luty to niemal filantrop, sam będąc tak anemicznym, na mnie wylewa nieskończone potoki optymizmu. Trudno zatem mieć pretensje do lutego, że jest biało czarny, skoro cały swój kolor bezinteresownie oddaje.
I jeśli wytężyć nozdrza to luty pachnie pomidorem i ogórkiem. A jeśli nadstawić ucha, to słychać zastępy nowalijek szturmujące śnieżne rozłogi! Jak słowo daję nie zdziwię się jeśli zapuka dziś do mnie Kilo Młodych Ziemniaków z Koperkiem.
Mówię Wam, najlepsze dopiero przed nami!
Dobrego dnia, ja idę robić wiosenne porządki.







ZDJĘCIA WYKONANE APARATEM OLYMPUS PEN E-PL7

płaszcz - lumpeks | futrzany szalik - Medicine % | kozaki - Venezia | torba - sklep-torebki.pl