środa, 20 kwietnia 2016



Od zawsze dzieci ubieram w lumpeksach.
Robię to przede wszystkim dla własnego zdrowia psychicznego, ale nie tylko.

Jakiś rok temu urządziliśmy sobie rodzinny wypad do Zary (moja niechęć do Zary zasługuje na osobny wpis). Błądziliśmy między wieszakami, kiedy nagle Maryni zaświeciły się oczy. Doskonale znam ten blask. To pożądanie. Moje dziecko zapragnęło konkretnych butów. Ponieważ spełnianie życzeń dzieci, to ostatnia umiejętność, którą mogę się chwalić, naturalnie nie zgodziłam się na bezsensowny wydatek.
Niestety obudziła się we mnie „dobroduszna matka”, która normalnie siedzi w kącie z zakneblowanymi ustami i nie ma prawa głosu - „kup jej te buty!! Dziecko całe życie łazi w szmatach z lumpa!” - wrzasnęła, zostawiając mnie na pastwę wyrzutów sumienia.
- Pewnie, lepiej żeby chodziła w szmatach z Zary, worek monet za sztukę, to dopiero biznes!!– syknęłam i udałam się do kasy, żeby spełnić marzenie mojej córki.
Następnego ranka Marynia wybłagała, żebym pozwoliła jej założyć nowe buty do przedszkola. Drugi raz w ciągu doby, nakazałam milczeć rozsądkowi i pozwoliłam zdecydować „dobrodusznej matce”.
Szczęśliwa Marynia pomaszerowała do przedszkola w wymarzonych pantofelkach.
Buty wróciły do domu koszmarnie pokiereszowane przez wszystkie sprzęty na placu zabaw. Naturalna skłonność Maryni do wspinaczki wcale im nie ulżyła. Nie pomógł też piach, ani błoto.
Na ten widok „dobroduszna matka”, posłusznie zakneblowała sobie usta i ulokowała się w najciemniejszym kącie piwnicy, ustępując miejsca zdetronizowanemu rozsądkowi.
Mimo ustaleń, że zarowe pantofelki nosimy tylko w odpowiednich okolicznościach przyrody, po dwóch tygodniach, buty były jedynie bladym wspomnieniem samych siebie.
I ze względu na mizerny stan, jaki reprezentowały, nadawały się najlepiej na plac zabaw i do wspinaczki skałkowej.
Po raz kolejny w życiu zostałam wyrolowana przez Inditex. Postuluję zmianę nazwy, zaiste „Szmatex” wydaje się o niebo adekwatniejszy.



Historia zarowych pantofelków to przykład ilustrujący cały proces.
Kiedy kupię dzieciom coś droższego, chciałabym żeby to szanowały. I niestety moje dzieci podczas zabawy średnio pamiętają, że mają na sobie coś nowego czego nie wypada niszczyć. A nawet gdyby pamiętały, to jakość większości sieciówkowych rzeczy, niweczyłaby ich chęci.
I to wkurza mnie najbardziej – gdybym za zarowe pantofelki zapłaciła 5 zeta (czyli tyle ile naprawdę były warte), to zapewne bym ich nie rozpamiętywała, ale dwie stówy za teoretycznie skórzane buty, nadal bolą.
Serio, od dziś zamiast mówić „byłam w Zarze na zakupach”, będę mówić „dałam się wyrolować Zarze”.

Ktoś teraz powie – no wiesz, nie musisz kupować w Inditexie, są inne sklepy.
Poza odzieżą z Lidla, nie odkryłam jeszcze sklepu, gdzie mogę dla dzieci kupić cokolwiek za rozsądne pieniądze i w jakości, która pozwala na przynajmniej dziesięć prań (a propos prania, Inditex na swoich metkach powinien umieszczać ostrzeżenie „pod żadnym pozorem nie prać!!”).
I sorry, musiałabym zaryć glacą o kant i spaść ze schodów, żeby ubierać dzieci w przykładowo takim Pepe Jeans, gdzie koszt apaszki wynosi tyle, co nasz roczny budżet domowy przeznaczony na ubrania.
Ktoś powie – ale sobie to pewnie nieraz kupisz coś droższego, a dzieciom odmawiasz. Oczywiście, że tak! Bo w moim przypadku, drogi wełniany płaszcz jest inwestycją na kilka sezonów. Nie podrę go na huśtawce, nie wytarzam się w piachu, nie wytrę rękawem nosa.
W przypadku dzieci, kupowanie drogich porządnych ubrań nigdy nie jest inwestycją, bo ze wszystkiego wyrastają w mgnieniu oka.
Wyjątkiem są buty - dziecko powinno chodzić w porządnym obuwiu dla zdrowia.


Dlatego najchętniej, od zawsze kupuję w lumpeksach. Nie skomlę nad żadną dziurą, nie płaczę nad przetarciem, nie strofuję dzieci, żeby uważały.
Popruty sweter za 3 złote wyrzucam do kosza bez sentymentów. Zresztą prawda jest taka, że przeciętne ubranie z lumpa, mimo tego, że ktoś nosił je, uznał za zużyte i wyrzucił, jakością i tak przewyższa przeciętną nową rzecz z takiej Zary.
Nie wspomnę nawet o materiałach. Podczas kiedy w Inditexie przesiąkasz elektryzującą poliestrową atmosferą, w ciuchlandzie bez problemu znajdziesz bawełnę za grosze.


Wiem, że dla wielu osób to problem – no ale jak to tak? Własne dziecko ubierać na szmatach? Czy takiego noworodka w ogóle można przyoblec w używanego pajaca za złotówkę?
Otóż można. Bo cena jaką się płaci za odzież dziecięcą nie jest odzwierciedleniem miłości rodzicielskiej.
Mówiąc wprost – to, że moje dzieci chodzą w ubraniach z lumpeksów nie znaczy, że ich nie kocham!
Moje dzieci nie będą czuły się bardziej kochane w szatach za miliony. Serio.

Kolejna sprawa – czy moje dzieci nie wyróżniają się na tle innych gorszą stylówką?
Ależ skądże! Wręcz przeciwnie. Spójrzcie na te zdjęcia. Czy Lolek w dżinsowej kurtce Levis będzie wyglądał, jak ofiara szalonej stylistki? Czy Marynia w bomberze będzie pośmiewiskiem? Czy Sofijka w rurkach ma powód do wstydu?
Nie, nie i jeszcze raz nie.
Co więcej, jest bardzo duża szansa, że nikt inny na placu nie będzie miał szarego swetra z sercem, którego mojej córce zazdroszczą wszystkie koleżanki.

Reasumując. Ubieram dzieci w lumpeksach. Polecam. Sara Ferreira.

czwartek, 14 kwietnia 2016



Czy można zabić człowiek słowem? Oczywiście, że można. Wczoraj podczas kolacji dzieci zabiły mnie ilością pytań, zarówno tych niedorzecznych jak też dorzecznych.
Potrzebowałam całej nocy, żeby się zregenerować i zmartwychwstać. Doprawdy, im częściej nad tym myślę, tym jestem pewniejsza, że przeciętny rodzic ma o wiele więcej żyć, niż przeciętny kot.
Wracając jednak do sedna. Jak to jest, że mózg rodzica o godzinie 20.00 przypomina ugór, myślenie jest orką na ugorze i pytanie o wróżkę zębuszkę brzmi jak najtrudniejsze z pytań egzaminacyjnych do NASA?
Tymczasem umysł dziecka o tej samej porze dnia, dziarsko się fałduje, myśli z prędkością światła i rozmnaża pytania przez pączkowanie?! Przez co powstają całe stada małych pytanek, mniejszych kwestii, drobnych interpelacji i drobniutkich dygresyjek!
Dzień w dzień na kolację, worek orzechów do zgryzienia. I jak słowo daję, te orzechy o wiele bardziej przypominają mózg niż mój mózg przypomina mózg.
Proponuję, żeby po dwudziestej moje dzieci zadawały pytania orzechom, nie mi. O 20.00 przeciętny orzech jest bardziej elokwentny niż ja. Jestem o tym przekonana.

Niniejszym informuję, po godzinie ósmej wieczorem nie odpowiadam na pytania o:
przyczepność, baobaby, rozmnażanie, jelita, sawannę, Smoka Wawelskiego, dietę pająka, powstawanie glutów, pogodę w Chinach, karpie i inne ryby, kosmos, Koziołka Lubelskiego, węże boa, przejrzystość powietrza, plemiona koczownicze, zębową wróżkę, populacje poszczególnych krajów, budowę łodygi, stolicę Tanzanii, skład próchnicy, odległość nieba od Ziemi, ciężkość chmur, życie po śmierci, trawienie, jadalność grzybów, sushi, życie moli, genezę bąków, produkcję papieru, rodowód Jezusa, i Świętego Mikołaja, długość minuty, ale nie w sekundach, i tym podobne!









spodnie i kurtka - lumpex | top - Mango | trampki - Vans | torba - Paulina Schaedel | okulary - Ray Ban

piątek, 8 kwietnia 2016



- Wolałbym czekoladę, nie szynkę – oznajmił naburmuszony Lolek o poranku.
- Pfff, kto by nie wolał – dałam się sprowokować. I już miałam dodać, że życie pełne jest szynki i żeby lepiej był na to gotowy, ale w porę sobie uświadomiłam, że jestem jeszcze niewystarczająco stara na takie morały i że niespełna czterolatek i tak nie zrozumie wielkiej głębi, skrytej w tym twierdzeniu.

Jednak myślenie mocno do mnie przywarło tego poranka i brnęłam dalej – wiesz synu, to co dla ciebie jest szynką dla kogoś innego jest czekoladą... - oznajmiłam Lolkowi w myślach, po czym przypomniałam sobie, że nie jestem amerykańskim kołczem życia i, że nawet Paulo Coelho ma ładniejsze metafory.

Postanowiłam zrobić sobie przerwę od górnolotnego myślenia, wziąć aparat i po drodze do przedszkola, zrobić zdjęcia każdej rzeczy, która wywoła mój uśmiech.
I wiecie co się okazało? Na każdym zdjęciu jest czekolada!








wtorek, 5 kwietnia 2016



Ąfel karcący Lolka za picie wody z wanny:
- Lolek, nie pij tego! To nie służy twojemu życiu!
***
Poranny komplement od niespełna czteroletniego syna:
- Mamo, dlaczego ty jesteś dziewczyną, a inne mamy to panie?
***
Kolacja. Porcjuję kurczaka. 
- Kto chce jaką część?
Lolek:
- Ja poproszę stopę!
***
- Tato, lubisz pis?
- Nie, nie lubię.
- A potejtos lubisz?
***
Rozważania o poranku.
Lolek: Mamo, wiesz gdzie jeszcze nie byłem?! Nie bylem nigdy w chmurach!



- Mamo, a wiesz, że pana robaka bardzo łatwo odróżnić od pani robaka?
- Tak? A w jaki sposób?
- Bardzo prosto, pani robak zawsze siedzi na panu robaku!
- Oo, a skąd wiesz kto na kim siedzi?
- No bo wiadomo, że pan jest za ciężki żeby siedzieć na pani!
***
Afel: Jak dorosnę, chcę pracować w szpitalu.
Lolek: A ja będę policjantem.
Ąfel: Super, będziesz mógł aresztować rodziców!
***
Jestem z Aflem na zakupach. Mierzę jakąś kiecke i pytam córkę o opinię:
- No i jak? Ładnie?
Na to Afel skonfundowany:
- Ale na bal przebierańców?



Majkel:
- Jesteś taka piękna, z milion razy ładniejsza niż jak się poznaliśmy.
***
- Mamo, a wiesz co robi moja koleżanka jak idzie na sanki, ale zapomniała sanek?
- No co?
- Udaje, że zjeżdża na sankach.
***
Mamo, a u nas przedszkolu była taka jedna pani i dzieci z jej grupy były tak bardzo niegrzeczne, że ona musiała się wypisać z przedszkola.



Lolek: Mamo, a jak będę dorosły to kupisz takiego wielkiego lizaczka?
Ja: Dobrze kochanie.
Lolek: Jupi!
***
- Mamo, kupisz cukierki?
- Kategorycznie nie!
- Ale nie nam!! Kup sobie, nas tylko poczęstujesz.
***
- Mamo, dziś w szkole uczyliśmy się literki "g"!
- No proszę, i jakie znasz słowa na "g"?
- Gwiazda, gwiazda betlejemska, gwiazda polarna, gwiazda spadająca.



płaszcz i spodnie - lumpeks | top - Mango | szal - h&m | buty - New Balance | torba - Paulina Schaedel


Zdjęcia wykonane aparatem Olympus PEN E-PL7

wtorek, 29 marca 2016



To było wczoraj. Biegłam spokojnie, łapczywie chłonąc cały ultrafiolet sączący z pierwszego prawdziwego słońca w 2016, kiedy niespodziewanie oberwałam z liścia od NIEJ.
Myśl o nadchodzącej jesieni zaatakowała mnie znienacka, zostawiając dwa bordowe sińce na mojej radości z życia.
Przypomniałam sobie ten potworny paradoks, że marzec to praktycznie listopad, a wszystko pomiędzy już mogę zacząć wspominać. Bo chyba każdy się ze mną zgodzi, że lato już prawie się kończy i prześladują nas kolekcje jesień/zima 2016/17!!
Oddajcie mi lato!
Moje stopy nie zażyły jeszcze sandałów! Moje oczy nie doświadczyły okularów przeciwsłonecznych! Nie zdążyłam rozpakować swojego sześciopaka, nie uwolniłam piegów! Nie opaliłam nierównomiernie kolan oraz nie jadłam truskawek!!
I dopóki to się nie stanie, nie zamierzam nosić ani skór w stylu Alexandra Wanga, ani kraty Vivienne Westwood ani tym bardziej kożuchów Kayne Westa. Nie będę łączyć ze sobą żadnych faktur, oblekać się w koronki i stroić w aksamity.
Nie interesuje mnie NIC co ma być modne zimą 2016/17!!

***

Tymczasem na moim balkonie stanęła wiosna w całej okazałości. Ciska w okno kulkami gradowymi i gromami z jasnego nieba! Lecę jej otworzyć zanim całkiem ją szlag trafi!







ramoneska - h&m (ma już z 5 lat) | spódnica - Diverse | bluza - Front Row Shop (kupiona dwa lata temu) | czapka - Terranova | torba - me&BAGS