poniedziałek, 31 sierpnia 2015



Jutro kończy się pewna era.
Era decybeli.
Era rozlanego mleka.
Era życia na placu zabaw.
Era samonapędzającego się bajzlu.


Od jutra mogę bezkarnie nosić czyste ubrania. Mogę wspiąć się na obcasy. Mogę otwarcie czytać książki. Mogę konsumować ciszę przed 20.00. Mogę iść z Tobą na kawę w południe, sama.


Jutro Zbynio, Ąfel i Lolek rozpoczynają wspólny rok szkolny. Do tornistrów pakują te swoje drogocenne decybele, rozlane mleko i bajzel. Zostawiają mnie samą. Będę skakać z radości i płakać z żalu.
Jeszcze zatęsknię za tą krainą miodem i dziegciem płynącą...

Jutro kończy się era wymówek.
Pojutrze będę musiała rozliczyć się z czasu. Co robię, gdy nie odpowiadam na absurdalne pytania?
Co czytam, gdy nie są to bajki na dobranoc? Czego słucham jeśli nie Fasolek?
Z kim spędzam czas jeśli nie z dziećmi?







Zdjęcia wykonane aparatem Olympus PEN E-PL7




top - Promod % | dżinsy - f&f | ramoneska - h&m | sandały - Pimke | biżuteria i zegarek - Apart | okulary - c&a | torebka - Paulina Schaedel

wtorek, 25 sierpnia 2015


Wróciliśmy!
Wyprodukowaliśmy jakąś kosmiczną ilość wspomnień i z radością przytargaliśmy je do Lublina.
Pławiliśmy się w doborowym towarzystwie i w ciepłej przejrzystej wodzie. Umarliśmy ze śmiechu, zagadaliśmy się na śmierć, piliśmy wino z metalowych kubków, słuchaliśmy najlepszej muzyki i wszystko zagryzaliśmy nieprzyzwoicie dobrym żarciem.
O poranku bezpardonowo smagało nas słońce, chwytało za chabety i wlekło na plażę. I znowu musieliśmy się pławić i topić smutki w jeziorze.
A nocą gapiliśmy się w niebo i łapaliśmy w sieć wspomnień zastępy Perseid.

Jak słowo daję, te wakacje były chyba dwadzieścia lat temu!

Wracaliśmy z wywczasu drogą okrężną – przez Tatry. Cudem nie obudziliśmy Śpiącego Rycerza i cudem dotarliśmy na sam szczyt Sarniej Skały.

Jesteśmy w domu. Mentalnie jestem w górach, fizycznie też. Łańcuch górski Brudne Łachy właśnie rzucił mi wyzwanie.

Zostawiam Was z garstką epickich tekstów.


***
Lolek: Nie mogę ci pomóc, bo wykonuję obowiązek!

***
Ąfel: To nie było wczoraj, to było pojutrze!

***
Lolek: Sofija, a ty lubisz się ograniczać?

***
Zbynio: Najważniejsza w ciele człowieka jest głowa.
Ąfel: To prawda, bo bez głowy nie dałoby się jeść.













Zdjęcia wykonane aparatem Olympus PEN E-PL7


poniedziałek, 10 sierpnia 2015



Drogi Pamiętniczku,

Dziś mam dla Ciebie zaledwie pocztówki z wakacji i pozdrowienia gorące, jak pogoda w Polsce.
Piszę szybko, łapczywie chłepcąc litery zaklęte w klawiaturę, bo tam skąd przybywam internet dostajesz na kartki.
Jest błogo (oczywiście nie licząc momentów ciszy przerywanej dziecięcym skowytem rodem z taniego horroru o egzorcyzmach, albowiem ktoś gdzieś kiedyś widział osę).
Pewnie zachodzisz w głowę Drogi Pamiętniczku gdzie spędzam wakacje. Otóż postanowiliśmy wybrać się w Przeszłość, która położona jest zaskakująco blisko Teraźniejszości i Lublina.
Ugrzęźliśmy w realu po kostki, utopiliśmy wirtual w jeziorze ciepłym jak zupa.
Gdybyś nas szukał to jesteśmy za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma tysiącami trzcin, nie pytaj GPSa, bo nie wie.

Pogadałabym z Tobą jeszcze, ale mój dzienny przydział internetu właśnie się kończy.
Ahoj!







Zdjęcia wykonane aparatem Olympus PEN E-PL7


poniedziałek, 3 sierpnia 2015



Nadaję do Was z wysypiska ubrań czyli naturalnego środowiska każdej szafiarki. Czuję, że gdzieś w tej niekończącej się stercie łachów, nieopatrznie pogrzebałam wenę. Trzymajcie kciuki żebym nie podzieliła jej losu i na wieki spoczęła w tym konfekcyjnym kurhanie.

Na co dzień oczywiście marnuję tyle czasu, ile to możliwe na strojenie się, wszak szafiarski honor zobowiązuje. Dziś jednak moje bliskie spotkanie z garderobą ma zgoła inną przyczynę – otóż pakujemy się na wakacje.
Nie do końca wiem kim jest matka trójki dzieci pakująca rodzinę na wakacje. Jestem rozdarta pomiędzy prorokiem, strategiem, logistykiem, magikiem, stylistą, organizatorem imprez i człowiekiem orkiestrą.
Na przykład wczoraj objawiła mi się Dobra Pogoda i powiedziała, że nie opuści nas kolejne dwa tygodnie. Musiałam więc opracować specjalną strategię działania w upale, następnie zaś zajęłam się oszacowywaniem popytu uczestników eskapady na różniste surowce, jak chociażby rowery, pontony, woda pitna czy wyżej wspomniane ubrania. Nie trzeba matematyka, żeby policzyć, że zmieszczenie całego dobytku w samochodzie wymaga magika. Voila!
W tych sromotnych chwilach sam na sam z konfekcyjnym tsunami, posiłkuję się poradnikiem o pakowaniu opracowanym przez Marysię.
W ramach punktu pierwszego, a zarazem kluczowego wystawiłam dzieci na OLXie, ale jeszcze nikt się po nie nie zgłosił. Płynnie przeszłam więc do punktu drugiego i spożyłam całą tabliczkę czekolady. Niestety nie mam w domu alkoholu więc zrobiłam sobie zasłużoną przerwę i stukam do Was na klawiaturze.

PS Kolejna para sandałów zasiliła moją prywatną galerię butów, która docelowo ma być największym muzeum obuwnictwa w Polsce.





Zdjęcia wykonane aparatem Olympus PEN E-PL7






sukienka - Promod % | kurtka - lumpeks | sandały - Pimkie | okulary - Stradivarius % | zegarek AM:PM i biżuteria - Apart | torebka - Sagan

czwartek, 30 lipca 2015



Przyjechali. Rzucili urok na miasto. I zostawili je urzeczone. Tak po prostu. Znowu tu byli Sztukmistrze. Znowu były harce na niebie, tańce na ziemi, hulańce, swawole!
Znowu deptakiem popłynęła wartka rzeka ludzka, znowu pozwoliliśmy się jej ponieść!
Znów był Carnaval Sztukmistrzów i znowu mi smutno, że muszę mówić o nim w czasie przeszłym.

Ale zacznijmy od początku.
Sztukmistrzowanie zaczęliśmy od słonecznej kąpieli na miejskiej plaży. Dzieci rozpaczały, że nie pozwalam im nurkować w fontannie, wszak to ich naturalne środowisko! Ostatecznie pozwoliłam zadecydować swojemu wewnętrznemu dziecku, które na co dzień ma zakneblowane usta (na wszelki wypadek). Negocjacje pomiędzy moim wewnętrznym dzieckiem i zewnętrzną trójką doprowadziły do ugody. Strony wyraziły zgodę na wejście do wody, z wyłączeniem picia jej oraz nurkowania. Sprawiedliwości nie stało się zadość, albowiem Lolek dzięki wzrostowi godnemu dorodnego krasnala, zanurzył się niemal cały, podczas gdy Zbyniowi ledwo zakryło kostki.
Kompromis znaleźliśmy pobliskim Placu Zabaw Niezwykłych, gdzie każde dziecko, bez względu na wzrost, znalazło coś dla siebie. Były wyścigi ślimaków, zjeżdżanie „prawie na sankach”, magiczne rysowanie i skrzynia zmysłów. Cuda niewidy.
Nacudowani po uszy, obraliśmy za cel Stare Miasto. Miejska legenda głosiła, jakoby działy się tam rzeczy o jakich słyszeli tylko najstarsi sztukmistrze. Postanowiliśmy to własnoocznie zweryfikować.
I faktycznie, stare kamienice na Rynku powleczone były pajęczyną, po której z zwinnie stąpały pająki przebrane za ludzi... Tłum wzdychał z zachwytu, a my parliśmy dzielnie do przodu, gdzie na Palcu po Farze suto mydliły się bańki i pękały niczym marzenia ludzkie w zderzeniu z arsenałem parasoli beztrosko kołyszących się na wietrze.
Staliśmy, jak urzeczeni susząc oczy do łez i rejestrując w głowach ten obłędny widok.
A potem poszliśmy dalej hej w Lublin, karmiąc miejską legendę o dziwach, jakie mają miejsce na Starym Mieście.

Tymczasem na Błoniach pod zamkiem spotkaliśmy dalekich krewnych – kuglarzy, którzy odkrywali tajniki swej sztuki za symboliczny uśmiech. Dzieci mogły więc bezkarnie robić wszystko to czego w domu zabraniam, jak chociażby rzucanie talerzami czy eksperymenty z hula-hop (kto doświadczył hula-hop uderzającego o parkiet, ten wie o czym mówię).
I tak stąpaliśmy ochoczo po deskach ulicznego teatru, czasem będąc widownią, a czasem aktorem. Zgodnie z protokołem gubiliśmy się w tłumie i legalnie traciliśmy rozum.

A potem przyszła burza, w płaszczu z błyskawic. Nad Lublinem zebrały się czarne chmury i pociemniało...
Ale legenda miejska głosi, że było to kolejne dzieło Sztukmistrzów.




















Zdjęcia wykonane aparatem Olympus PEN E-PL7