czwartek, 22 stycznia 2015



Co tu dużo mówić Szanowni Czytelnicy. Miłość w Ferrainowie jest niczym żywcem wydarta z kart Paulo Coelho. Czasem postanawiam umrzeć, ale najczęściej siadam na brzegu łóżka (no chyba, że mam rzekę pod ręką) i płaczę.
Kiedy On mówi: "przeglądałem dziś nasze stare zdjęcia i wiesz co? Bardzo się zmieniłaś odkąd cię poznałem. Przede wszystkim dlatego, że schudłaś... chyba ze 30 kilo". Jak go nie uwielbiać?
Kiedy spijamy sobie z dzióbków:
-Jesteś jak brazylijska wołowina.
- A ty kochanie jesteś jak... jak... polskie pierogi.
Kiedy On się o mnie zamartwia:
- O kurde, źle się czujesz kochanie?
- Nie, dlaczego?
- Nic, tak tylko pytam.
- Co? Źle wyglądam?!
- Nie no coś ty! Jesteś piękna, masz po prostu gorszy dzień.

Podobno miłość wszystko przetrzyma:
Ja: Kurde, muszę się za siebie wziąć, niedługo przecież lecimy do Brazylii.
Małżonek: Ja też wyglądam tragicznie.

Miłość nigdy nie ustaje:
- Boże, kochanie jak ty wyglądasz? Te dziury na kolanach (wypasione boyfriendy), te sandały (birkenstoki!!), ten tłusty krem na twarzy (mam uczulenie!)... Przepraszam cię, ale tak musi wyglądać nędza.

Cóż, Miłość nie unosi się gniewem i nie pamięta złego.
Dlatego na pytanie Marynii: „mamo, jak to z wami było, ty chciałaś ożenić się z tatą czy tata z tobą?", zawsze odpowiadam: „tata w końcu mnie przekonał” "oboje chcieliśmy".

Coś Wam powiem, ostatnio doszło do przełomowego zdarzenia w naszym małżeństwie. Oto Pan Ferreira stanął przede mną i wyznał „kochanie, muszę wreszcie ci się do czegoś przyznać. Znasz się na modzie lepiej niż ja.”
Pfff... – odparłam. (Zaiste, Hamerykę chłop odkrył).
Cieszy mnie, że Pan Ferreira wreszcie to pojął, ale jako mądra małżonka, wiem że nadal większość moich wyborów modowych jest dla niego równie niezbadana co wyroki boskie.
Kiedy wczoraj mierzyłam wielki camelowy płaszcz ze sztybletami, łapczywie chłonąc swoje lustrzane oblicze, on zapytał: "dlaczego przebrałaś się za Sherlocka Holmesa?"
„You know nothing about fashion Jon Snow!” - wycedziłam przez zęby.
I chociaż zazwyczaj ubieram się dla siebie, czasem trochę zbaczam z toru żeby pocieszyć oczy Pana Ferreiry, który najbardziej lubi kiedy wyglądam „delikatnie”.
Oto przed Wami delikatne oblicze Ferreiry, w sam raz na Walentynki!

Ps Proszę doceńcie dzisiejsze zdjęcia, żeby je zrobić wdarłam się na balkon obcych ludzi, którym z tego miejsca chciałam podziękować za okazane mi zaufanie. Doprawdy nie wiem czy sama byłabym zdolna do takiego gestu.
Dziękuję też kochanej Anecie oraz Rafałowi, który okazał się wybornym wujkiem i popisowo odwracał uwagę dzieci, kiedy rodzice desperacko próbowali zrobić zdjecia.

Pozdrawiam Was!
Sara









spódnica - NIFE | bluzka - NIFE

Sklep NIFE przygotował dla Was specjalną walentynkową ofertę. Ja postawiłam na bardzo dziewczęcy klimat, ale nie ukrywam, że równie chętnie (może nawet chętniej) przywdziałabym garnitur. Obawiałam się jednak, że skoro dla Pana Ferreiry długi płaszcz = Sherlock Holmes, garnitur mógłby sprawić, że czułby się ze mną, jak na randce z Harveyem Specterem.
Porzuciłam ten pomysł na rzecz spódnicy, tym razem spodnie odstąpię mężowi.
Propozycje z wykorzystaniem spodni znajdziecie u Mirelli i Sylwii.
Od 22 stycznia do 15 lutego 2014, walentynkową ofertę NIFE znajdziecie 20% taniej.




*Wpis sponsorowany, powstał przy współpracy z marką Nife.

środa, 14 stycznia 2015



Kochani,

Nadaję do Was z Centrum Dowodzenia zbudowanego z klocków Lego.
Mój zwierzchnik w osobie Pana Lolentego (pieszczotliwie zwanego Pisklętym czy też Pisklakiem (ale nie mówcie mu, bo jaki herszt bandy chciałby być tak nazywany?), przydzielił mi zaszczytną funkcję konia. A zatem brykam i robię TAK.
Zapytacie pewnie co koń robi z laptopem na kolanach? Otóż Wy tak, ale dziecięca wyobraźnia jest nieograniczona, kiedy więc Koń w mojej skromnej osobie, przemówił ludzkim głosem i poinformował Emila (takie imię zaserwował sobie w zabawie Pisklak), że jak przystało na konia, musi teraz zrobić sobie przerwę i pobrykać na klawiaturze, zwierzchnik uznał, że jest to wyborny element zabawy świadczący o niebywałym rozwoju technologicznym koni.

Koń którego widzicie na zdjęciach, wygląda znacznie lepiej, niż ten którego właśnie odgrywam.
Zamszowe kopyta na szpilkach zamieniłam na skarpety (czasem każdy koń musi odpocząć od kopyt), mam na sobie nieco bardziej plebejski przyodziewek (w tej zabawie bliżej mi do Naszej Szkapy niż do Bucefała) i zaiste przydałaby mi się czapka naciągnięta na twarz aż po obojczyki (ale zależy mi na wiarygodnym końskim wizerunku).

Niestety wygląda na to, że przerwa technologiczna, która przysługuje koniom raz na dzień, dobiegła końca. Emil wzywa!

Bez Odbioru
Sara vel Koń Ferreira

Ps Wybaczcie, że w tekście tak często pojawia się słowo „koń”, ale doprawdy, nie mogłam zastąpić go „kobyłą”, „klaczą”, czy „chabetą”.









ZDJĘCIA WYKONANE APARATEM OLYMPUS PEN E-PL7


płaszcz - Unisono | sweter i czapka - New Look | szalik - Diverse | spódnica - Front Row Shop | nerka - Paulina Schaedel | botki - Primamoda | rękawiczki - lumpeks

wtorek, 30 grudnia 2014



Drogi Pamiętniczku,

Trzydzieste Święta Bożego Narodzenia w moim życiu już mam za sobą.
Wszyscy składali mi życzenia zdrowych i spokojnych świąt. Niestety nic się nie spełniło. Święta suto podszyte były parszywym bronchitem, nie byłam więc do końca spokojna. Prawdę mówiąc miałam ochotę skrępować się, podpalić i rycząc wniebogłosy rzucić w śnieg, ale nie chciałam psuć świątecznej atmosfery. Gdybym jednak tylko miała pewność, że coś dzięki temu wskóram, to zrobiłabym to bez mrugnięcia okiem.
Trudno w takiej sytuacji nie dostrzec oczywistych pozytywów – byłam tak przejęta bronchitowym tercetem, że nie w głowie było mi jedzenie! Świąteczna opona nie miała ze mną szans i nie muszę chować się przed wagą.
Co więcej, część wigilii przyszło mi spędzić w poczekalni szpitalnej, gdzie spotkałam rodziców z córką, która była mniej więcej w moim wieku. Kaszlała tak, jak Zbynio, a rodzice mówili o niej „Niuniu”. Poczułam się dzięki temu zdecydowanie młodziej. Zrozumiałam Drogi Pamiętniczku, że jeśli tylko zechcę mogę znowu poczuć się dzieckiem! Nawet jeśli podczas wigilii bardziej niż prezenty, cieszą mnie pierogi. To jeszcze nic nie znaczy. Czuję się dorosła na wyrost, doprawdy.

Drugiego dnia świąt spadł śnieg, ukoił moje skołatane nerwy. Pomyślałam, że świat jest zbyt piękny i nie ma w nim miejsca kaszel.
Białe płatki spadały z nieba tak powoli, że można było spokojnie oglądać je z bliska. Wszystko zastygło i wstrzymało oddech. Jak daleko wzrok sięgał, była tylko cisza, błoga bezkresna cisza...
Złapałam ją w kilku kadrach i wróciłam do domu.
Przywitała mnie niepokojąca melodia sumiennie wykasływana przez bronchotowy tercet. Zrozumiałam, że świat byłby zbyt piękny bez kaszlu.
Takty chorobliwej melodii nerwowo niosły się w powietrzu. Wszystko kaszlało i błagało o oddech. Jak daleko wzrok sięgał, był tylko kaszel, nieznośny, bezkresny kaszel...

Kochani!
W tych chorobliwych okolicznościach przyrody życzę Wam z całego serca Zdrowego Nowego Roku!!















ZDJĘCIA WYKONANE APARATEM OLYMPUS PEN E-PL7


sweter - New Look | spódnica - ZAMS | szalik - Unisono | czapka - podkradziona mamie | zegarek - DW

poniedziałek, 22 grudnia 2014



Ostatnio wspomniałam Wam o tym, że niewątpliwie mogę mówić sobie per „dorosła”.
Przez ostatnich kilka dni nie dość, że nie zmieniłam zdania to utwierdziłam się w swojej dorosłości.
Kochani, wstrzymajcie oddech... Otóż zaczęłam ubierać się ciepło!
Wszak cóż powtarzały Wasze matki i babki w nieskończoność? „Dziecko, ubierz się ciepło”.
Zapnij się pod szyję. Gdzie masz czapkę? Masz rajstopy pod spodniami? Chyba nie wyjdziesz w adidasach na taki mróz! Idziesz z odkrytą pupą?! (nie, że z gołą, ale że kurtka do pasa) itd., itp.
No i człowiek zakładał te uwłaczające ludzkiemu wyglądowi sterty ubrań.
Pamiętam, że czapka trwała na mojej głowie do pierwszego drzewa zza którego nie mogli dojrzeć mnie już rodziciele, buty zmieniałam na przystanku.
Jednak to rajstopy pod spodniami były istnym dopustem bożym. Do dziś mam rajstopową traumę i spokojnie mogę z rajstop uczynić najsroższą represję rodzicielską pt. „za karę założysz rajstopy pod spodnie!” Mamo, nie tylko nie to! Wszystko tylko nie rajstopy pod spodniami!

Kiedyś też jacyś dalecy kuzyni uszczęśliwili mnie kożuchem. Wszystkie dzieciaki nosiły wtedy supermodną kurtkę z napisami, której próżno szukać w internecie, a ja dostałam pokrowiec z owcy.
Tata mówił, żebym ćwiczyła silny charakter i była dumna z kożucha.
O losie, co ja czułam wchodząc do szkoły w tej baranicy!
Zapytacie może czemu nie zdjęłam kożucha za pierwszym drzewem razem z czapką, ale jednak ta zwierzęca powała swoje ważyła, przynajmniej tyle co ja i była wielka jak pokrowiec na kombajn. Jak ja mogłam to truchło dowlec do szkoły? No tylko na sobie.

Zamiast butów nosiło się wtedy dwie kule u nogi, pieszczotliwie zwane „traperami”, które były istnym gwoździem do mojej modowej trumny. Brrrr!

Tak właśnie stałam się wyznawcą filozofii „nieważne jak zimno, ważne że ładnie”.
Aż do czasu.
Jest grudzień 2014. Jestem Waszą matką i babką! Ubieram się ciepło...
Wyjść z domu bez czapki? Bitch please!
Prędzej zapomnę rąk niż rękawiczek.
Kiedy więc Zbynio zapytał dlaczego założyłam sukienkę z niedźwiedzia, prychnęłam tylko i niczym wilk z Czerwonego Kapturka rzekłam „żeby mi było cieplej moje dziecko!”
Przecież nie będę Zbyniowi tłumaczyć, że to stylówka na dziewczynę Jona Snowa...


ps Zdjęcia robione w Kazimierzu nad Wisłą.






















Zdjęcia wykonane aparatami Olympus: PEN E-PL7 i OM-D E-M5

"sukienka z niedźwiedzia", płaszcz, dżinsy - Unisono | czapka - New Look | rękawiczki - lumpeks | botki - Tamaris | torba - Paulina Schaedel | szalik - me&BAGS

wtorek, 16 grudnia 2014



Kochani, obawiam się, że zaczynam być całkiem dorosła. Chyba osierociłam swoje wewnętrzne dziecko.
Musiałam w tym roku trochę pomóc Świętemu Mikołajowi. No dobra całkiem go wyręczyłam. Zaliczyłam przy tym kilka niemal katastrofalnych w skutkach wpadek!
„Skąd Mikołaj miał taki papier na prezenty jak my?!”
„Jeśli to elfy robią prezenty to czemu na pudełku jest cena?!”,
„Dlaczego Mikołaj użył naszych własnych torebek na prezenty?!”
i wreszcie:
„Jak to możliwe, że ja (mama) nie dostałam NIC oprócz dwóch mandarynek, w tym jednej nadgryzionej i nawet niezapakowanych?!”.
Oczywiście nie dałam się złapać. Okazało się, że jestem już tak dorosła, że wybornie kłamię!
Co gorsza, wcale ale to wcale nie zasmucił mnie fakt, że dostałam zaledwie nadgryzionego owca!
A przecież doskonale pamiętam, jak potwornie było mi żal rodziców, że nic nie dostają od Mikołaja. Prawie nie byłam w stanie cieszyć się z własnych prezentów, sądząc, że mama z tatą łkają w poduszki.

Jestem dorosła ergo nie byłam grzeczna! Nie zasłużyłam nawet na rózgę, sama sobie wymierzyłam tę oskubaną mandarynkę.
Jestem tak dorosła, że idąc na clubbing kończę za stołem rozkoszując się kotletem i najedzona wracam do domu. Nie rozumiem już ludzi, którzy przedkładają twardość parkietu nad miękkość łóżka.
Coltrane czy Guetta? No jasne, że Coltrane!

Święty Mikołaju, może w przyszłym roku oddasz mi wewnętrzne dziecko?
W przeciwnym wypadku chyba nie ma dla nas perspektyw.










ZDJĘCIA WYKONANE APARATEM OLYMPUS PEN E-PL7

płaszcz i szalik - Unisono || czapka i sweter - Front Row Shop || spódnica - bezimienna || rękawiczki - lumpeks || botki - Primamoda || torba - Paulina Schaedel